O tym, co może się wydarzyć dwie godziny przed dotarciem na lotnisko

5:00 rano, senny Paryż. Zrywam się z łóżka w totalnie zimnym pokoju. Czuję jak stawy dotknięte moim starczym reumatyzmem rozrywają mi ręce. Couchsurfing nie jest zwykle spełnieniem najskrytszych marzeń o noclegu w najwyższym komforcie, także trzeba być bardzo elastycznym i przygotowanym [szczerze] na najgorsze. Żeby nie było, muszę przyznać że miałam bardzo wyrozumiałego hosta ostatniej nocy – nie dość, że nie przeszkadzało mu moje ranne zerwanie się z łóżka w sobotę [o losie!], to bez wahania zostawił mnie samą w mieszkaniu kiedy sam wyszedł na imprezę. Kompletnie mi nie przeszkadzało że nie zabrał mnie ze sobą, bo dzięki temu mogłam pójść normalnie spać. Minusem było zimno, ale za to zostawiam hostowi maksymalną ilość punktów za wyrozumiałość, gościnność i pomoc w porannym pakowaniu śpiwora do worka, co przy bolących stawach jest istną masakrą dla ciała i ducha. Jestem pewna, że znacie to uczucie, gdy „coś Was tyka” do zrobienia czegoś, czego może do końca nie planowaliście. Mnie tknęło żeby wyjść o wiele wcześniej, choć zwykle trzymam się swojego planu i rzadko go zmieniam jeżeli chodzi o przemieszczanie się. W sumie nigdy nie byłam świadkiem, żebym gdzieś utknęła przez zepsuty autobus czy samobójcę rzucającego się pod pociąg. Tym razem wyszłam 20 minut wcześniej, co okazało się bardzo znaczące w dalszej historii.

Schodząc bez pośpiechu z czwartego piętra po wysokich, krętych schodach bardzo zadbanej francuskiej kamienicy, wyobrażałam sobie męczarnie znoszenia z nich mojego gigantycznego dwudziestokilowego bagażu rejestrowanego (w którym notabene 50% ciężaru zawierało leki, części do jachtu i papierosy dla znajomych). A dlaczego mogłam sobie jedynie wyobrazić dźwiganie torby? Otóż to jest właśnie szczęście podróżnika. Będąc jeszcze u Miny (poprzedniego hosta), zaproponował mi zostawienie u siebie torby z racji tego, że jest w bloku winda, a do metra są tylko dwie minuty piechotą. Nie znając warunków jakie mnie czekają u następnego hosta, po kilkuset pytaniach z mojej strony czy to na pewno nie jest problem i czy nie przeszkadza mu, że obudzę go wcześnie rano żeby odebrać bagaż zgodziłam się. Teraz dziękuję Bogu, że poznałam tego chłopaka. Kolejnym szczęściem była odległość między moimi dwoma hostami. Nie dość, że mieszkali przy tej samej lini metra, to dzieliły ich tylko dwa przystanki.

Lotnisko Charles de Gaulle – trzeba być przygotowanym na przemierzenie naprawdę długiej drogi, zanim odprawisz bagaż i przejdziesz do odpowiedniej bramki

Plan więc zakładał, że w sobotę rano wychodzę z mieszkania, idę bezpośrednio na metro bez konieczności kupowania biletów (w dniu przyjazdu kupiłam trzydniowy bilet na 3 strefy Paryża), wysiadam dwa przystanki dalej gdzie odbieram bagaż i wracam na stację gdzie po 10 minutach przyjeżdża bezpośredni pociąg na lotnisko. Prościzna.

Jako, że już naruszyłam mój idealny plan wychodząc z domu wcześniej niż zakładałam, plułam sobie trochę w brodę wiedząc, że teraz będę musiała marznąć dłużej. Oczywiście tak rano można było spodziewać się mrozu, tym bardziej dla mnie odczuwalnego przemierzając Paryż w letniej wiatro i wodoszczelnej kurtce z dwoma upchniętymi pod nią jakimś cudem bluzami. Przechodząc przez bramkę na stacji…coś poszło nie tak. Zablokowane wejście. Sprawdziłam bilet: jeszcze był ważny. Wkładam go ponownie do bramki i…dalej zero reakcji. Zrobiło mi się gorąco. Na szczęście obok były automaty w których kupiłam raz jeszcze bilet na jedną strefę żeby tylko dotrzeć do przystanku Miny. Znowu nie działa. Na moje jeszcze większe szczęście, właśnie do punktu informacji przyszła do pracy pani (o 6:00 rano w sobotę), która mi pomogła kupić odpowiednie bilety bo się oczywiście okazało, że mimo przebywania w trzeciej strefie Paryża…to nie jest już Paryż. 10 minut zajęło nam dojście do porozumienia, ponieważ [jak to tu bywa] ani ja po francusku (władając moim mniej niż przeciętnym „dzień dobry” i „dziękuję”), ani ona po angielsku ( władając w tym języku niczym). Pozbyłam się więc poprzednich dwóch biletów i po konsultacji z panią nabyłam dwa nowe: z tej stacji do Miny i od Miny na lotnisko. Mimo, że ogarnianie nowych biletów trochę mi zajęło, w dalszym ciągu miałam dysponowałam zapasowym czasem. Gdy wysiadłam z pociągu na stacji gdzie mieszka Mina, miałam kolejny problem z bramką. Były tylko trzy wyjścia, w tym dwie z czytnikiem kart miejskich i jedna która przyjmuje bilety. I właśnie z nią miałam problem – zupełnie nie mogłam włożyć biletu. Po trzech próbach grzecznego, choć trochę nerwowego wpychania biletu w „szparę”, po prostu wspięłam się na bramkę i przez nią przeskoczyłam (pozdrawiam obsługę monitoringu). Spojrzałam na zegarek: jest 6:45, więc jeszcze mam pięć minut zapasowego czasu. O 7:00 powinnam wyruszyć spod kamienicy hosta, żeby zdążyć przeciągnąć bezstresowo torbę na stację. Stojąc już przed drzwiami budynku zadzwoniłam do Miny. Nie odebrał – ale spokojnie, pewnie ma twardy sen. Po dwóch telefonach nadal nie odbierał. Mimo niskiej temperatury powietrza, znowu zaczęłam się pocić. No i co teraz? Dzwonić po mieszkaniach i budzić ludzi w sobotę rano (w dodatku mówiąc tylko po angielsku)? Nawet nie znam numeru jego mieszkania. Uznałam, że daję mu jeszcze jeden telefon i dzwonię po domofonach, skoro w żaden sposób nie mogę się z nim skontaktować. No, ale niestety. Przekroczyłam już moje zapasowe pięć minut. Zaczynając wbijać pierwszy-lepszy numer mieszkania, otwierają się drzwi, a w nich Mina. Okazało się, że obudził się od razu po tym jak pierwszy raz zadzwoniłam, ale nie wziął ze sobą telefonu. A najlepsze jest to, że zepsuła się winda i musiał schodzić z torbą kilka pięter. Przeprosiłam go z całego serca i ruszyłam na stację. Tam, czekając na przyjazd metra zaczęłam się śmiać widząc mrygający napis na tablicy przyjazdów obok mojego transportu. „No, pewnie piszą że są komplikacje i metro nie przyjedzie.” Ale przyjechało, bo to normalne, że napisy przed przyjazdem na stację mrygają. No, chyba że piszą po francusku że naprawdę coś nie przyjedzie. Ale na szczęście nie znam tak francuskiego żeby myśleć niepotrzebnie że mam kolejny problem. Czy coś jeszcze może sie dziś wydarzyć? Na szczęście nie. Dalsza droga poszła planowo i przemieszczanie się po lotnisku też poszło sprawnie. Podsumowując, na miejsce dotarłam planowo. Lot też był w porządku, mimo dość dużych sąsiadów i notorycznym trącaniem mnie łokciem w żebra. Ale nie narzekam, przynajmniej siedziałam przy oknie!

Po dziewięciu godzinach lotu z posiniaczonym żebrem od ciągłego trącania – Martynika!

Zostaje mi więc już pisać o samych przyjemnościach przebywania na Karaibach. Mam też nadzieję, że tak będzie. Póki co, pozdrawiam z baru na wyspie St. Lucia. Tak jak dwa lata temu puby i bary są okazją do „godzinki dla internetu”, gdzie wszyscy siedzimy bez słowa przy stole zapatrzeni w swoje urządzenia, tak teraz odbywa się idealnie takie samo zjawisko. Może z tą różnicą, że mam wokół siebie samych programistów, którzy pracują tu zdalnie, więc jak tylko jest możliwość, godzinka przeradza się w conajmniej pięć. Ale to też jest wielka zaleta, bo dzięki temu i ja mam czas się powłóczyć, a potem napisać coś na bloga. I o tym też będzie kolejny post, bo już zdążyłam „zapuścić się” w kilka miejsc.

Le Marin, Martynika. Ukochany przez żeglarzy bar z dwóch powodów: szybkiego internetu i…szybkiego internetu.
Reklamy

[nie] sama w Paryżu

Zakotwiczyłam się w kawiarni, w górzystej okolicy Bazyliki Sacre Coeur w Paryżu. Od pół godziny popijam tę samą, najtańszą z możliwych kawę. Kawiarnia (dokładnie obejrzana zanim cokolwiek kupiłam) oferuje dostęp do gniazdka i sieci Wi-Fi. Także siedzę, ładuję cały sprzęt i przy okazji mogę podsumować pobyt w Paryżu – bowiem jutro wreszcie wsiadam w samolot na Karaiby.

Czasem może nam się zdawać, że nagła zmiana planów szkodzi. Może wprowadzić nas w dyskomfort, powodować stres albo chwilowe uczucie bezradności. W moim przypadku pobyt w Paryżu miał wyglądać zupełnie inaczej. 

Miałam przylecieć do miasta z dwoma koleżankami, z którymi wspólnie planowałyśmy zwiedzanie. Po dwóch dniach dziewczyny wracałyby do Polski, natomiast ja kolejnego dnia wsiadam w samolot na Karaiby. Tak zakładał początkowy plan – gdzie swojego rodzaju przyjacielską inicjatywą przedłużyłam swój pobyt w Paryżu dla wspólnego spędzenia czasu ze znajomymi. Niestety jak to czasem bywa, cztery dni przed wyjazdem otrzymałam telefon z informacją, że lecę sama. Niefortunnie dowiedziałam się o tym stojąc na dworcu w Olsztynie, zaraz po wiadomości przez megafon że pociąg do Gdańska jest opóźniony dwie godziny („za utrudnienia przepraszamy i informujemy, że czas opóźnienia może ulec zmianie” – i patrz, nigdy na krótszy!). Także w tym momencie ani nie wypaliło wieczorne spotkanie ze znajomymi z Trójmiasta, ani (chwilę później) wspólny czas w Paryżu z koleżankami.

Faktycznie, Sekwana trochę wylała.
Faktycznie, Sekwana trochę wylała.
Jako, że czynna ze mnie działaczka portalu Couchsurfing (nocowanie w podróży u osób oferujących nocleg w swoim mieszkaniu), kilka tygodni przed wyjazdem znalazłam hosta na dzień powrotu dziewczyn do kraju. W związku z nagłą zmianą planów, nie czekając chwili zdecydowałam się na publiczne ogłoszenie z prośbą o „kanapę” (wspomniałam tam o sobie, planie mojej wyprawy i ogólnymi informacjami o jachcie na którym spędzę kilka miesięcy). Przeglądając przerażającą ilość zamieszczonych ogłoszeń (ponad 30 stron, gdzie swoje znalazłam gdzieś w środku) raczej zaczęłam zakasać rękawy żeby znaleźć hosta na własną rękę, co wiąże się z wysłaniem kilkudziesięciu personalnych próśb o nocleg. Dałam sobie jednak dzień na przetestowanie „szczęścia podróżnika”. Nota bene nigdy nie uważałam się za szczególnie interesującą personę (gdzie na CS trzeba takim być, żeby ktokolwiek zainteresował się przeglądając publiczne posty surferów), więc nie liczyłam na jakiś zatrważający odzew hostów. Widać tym razem siebie nie doceniłam. Może nie tyle siebie co charakteru mojej podróży – nie miałam pojęcia że może być aż tak ciekawa. Nie minęło pięć minut, kiedy dostałam pierwszą wiadomość. Nie minęło 10 minut, kiedy już nie wiedziałam kogo wybrać. Jako, że w swoim ogłoszeniu wspomniałam o miejscu i godzinie wylotu, odezwały się osoby które mieszkają stosunkowo blisko lotniska i te, które mają do niego łatwe połączenie. Większość z nich pisało o zafascynowaniu moją podróżą, że chciałyby mnie poznać i przenocować, a jeżeli już kogoś znalazłam chętnie spotkaliby się chociaż na kawę. Mogłoby to brzmieć jak niezła oferta matrymonialna, gdyby nie ilość pozytywnych opinii od poprzednich surferów. Dlatego ufam temu
Dwa różne światy. I oba w zadumie.
portalowi – każdy profil oparty jest na ocenach niemożliwych do usunięcia lub ukrycia, więc jeżeli ktoś był niezadowolony (gospodarz lub gość) śmiało opisuje swoje doświadczenia na profilu ocenianej osoby. Finalnie zdecydowałam się na pobyt u Miny – mojego równolatka z masą pozytywnych opinii. Nie pożałowałam decyzji bo dzięki jego radom, towarzystwu, poczuciu humoru, wiedzy i ilości ciekawych rozmów te dwa dni w Paryżu zleciały mi niesamowicie szybko i przyjemnie. Zdecydowanie umilił mi ten pobyt i pomógł polubić Francję. Może nie na tyle, żeby specjalnie wracać akurat do Paryża i chłonąć jego wielkomiejskie buractwo, ale już przychylniej się zapatruje na odkrycie innych miejsc. Choć język nadal mnie denerwuje i zdecydowanie jest ostatni na liście moich ulubionych.

Jeżeli chodzi o sam Paryż – główne zabytki mnie raczej nie urzekły. Bardziej podobały mi się okolice najbardziej znanych miejsc, szczególnie boczne uliczki oddalone od grubo przetartych szlaków turystycznych. Komunikacja miejska jest bardzo przejrzyście opisana, drogowskazy są czytelne i niezależnie od godziny wszędzie jest pełno ludzi. Zanim wsiadam do metra/pociągu, czekam przynajmniej 3 kolejki i liczę na łut szczęścia żeby znaleźć odrobinę miejsca na swoją „personal space”, o co trudno w godzinach szczytu. Nie wiem czy obowiązuje tu turystyczny niski sezon ale jeżeli tak, to BARDZO współczuję branży w wysokim sezonie. I przechodniom też współczuję.

Co do ciekawych sytuacji – jako, że za dnia po mieście chodziłam sama, często zagadywali mnie przypadkowo napotkani ludzie. Nie mam pojęcia o co, ponieważ mój francuski opiera się raczej na żałośnie brzmiącym przywitaniu, podziękowaniu i poinformowaniu że nie mówię po francusku. A, no i że mam na imię Milena ale jakoś słabo z tego korzystam. Tak czy inaczej, kiedy informuję chętną do rozmowy osobę że ja niestety tylko po angielsku, miły wyraz twarzy znika i pojawia się niechęć w spojrzeniu i zmiana perspektywy z twarzy rozmówcy na jego plecy.

Cieżko we Francji wpaść na lepszy pomysł jaką wycieraczkę kupić.
Ciężko we Francji wpaść na lepszy pomysł. No bo jaką inną wycieraczkę kupić?
Przekonałam się na własnej skórze, że te plotki o niechęci francuzów do języka angielskiego są po części prawdą. W bardziej przyjemniej atmosferze można uzyskać odpowiedź na pytanie witając się łamanym francuskim niż z miejsca startować „angielszczyzną”. Są też tacy miejscowi, którzy patrząc na Ciebie od razu mówią po angielsku.

Niestety może to znaczyć, że albo chcą Ci coś sprzedać albo Cię uwieść. Bardzo się śmiałam z pewnego pana, który powitał mnie od razu po angielsku, mówiąc że „podoba mu się mój szalik”. Potem dowiedziałam się że mam francuski uśmiech (nadal nie wiem czy to był komplement, bo patrząc na tutejsze kobiety raczej odnoszę wrażenie, że mają nadęty wyraz twarzy). NO a POTEM dostałam zaproszenie na kawę z owym panem. Kiedy grzecznie odmówiłam i poszłam dalej, usłyszałam że ten sam gość podszedł do Azjatki robiącej zdjęcia mówiąc do niej również po angielsku: „cześć! Podoba mi się (chwila zastanowienia) Twoja czapka”. Po czasie chciałam się wrócić i zrobić mu dyskretne zdjęcie, ale już go nie było. Nie wiem czy urzekł którąś swoimi wyszukanymi komplementami czy zrezygnował z polowania.

Przechadzając się po Paryżu można zobaczyć wielu natchnionych artystów malujących „na żywo”
Dziś moja ostatnia noc w Paryżu, a z nią nowy host. Jutro przed 6:00 rano jadę na lotnisko, żeby potem spędzić ponad 9 godzin lotu na Martynikę. Miejsca, o którym marzyłam szukając jachtu na Wyspach Kanaryjskich. Teraz tam wracam w innym stylu. A nowy styl to nowe przygody. A nowe przygody, to nowe wspomnienia. Natomiast nowe wspomnienia, to zapalnik do jeszcze nowszych wypraw.

Na mnie już pora. Do zobaczenia na Karaibach!

Jako, że ja i Mina wybieramy się na Karaiby, oboje zrobiliśmy sobie przedsmak lokalnych delikatesów :)
Jako, że ja i Mina wybieramy się na Karaiby, oboje zrobiliśmy sobie przedsmak lokalnych delikatesów :)

Jachtostopowa przeprawa przez Atlantyk

Jeżeli mówię że zmontuję film, to zmontuję. Nie trzeba mi przypominać co 3 lata!
Co prawda nie dorównałam PKP z opóźnieniami…albo może tym razem PKP nie dorównało MI, jeżeli chodzi o opóźnienia, ale jeszcze się postaram szybciej zebrać do obiecanej roboty. Z resztą, mam przed sobą jeszcze montaż materiału z Wysp Kanaryjskich i Cabo Verde, więc patrząc ile czasu zajęło mi zmotywowanie się do sklejenia tego filmu…myślę, że za 6 lat zobaczycie wszystko! (O ludzie, oby nie!)
A co poniżej?
Zainspirowana kolejnym wyjazdem, wróciłam do naszej jachtostopowej przeprawy przez Atlantyk z legendarną S/Y Lady Dana 44. Początkowo mieliśmy tam tylko przekoczować – później decyzją kapitana zostaliśmy oficjalnie wpisani jako załoganci podczas ponad 2000Nm rejsu na Karaiby.
Smacznego!

Wielki [nie]oczekiwany powrót na Karaiby

Kupujecie pamiątki z wyjazdów? Ja nie. Za każdym razem kiedy odwiedzę jakieś miejsce, czasem tak niezwykłe jak Cabo Verde czy Karaiby gdzie z pozoru sprawa jest utrudniona żeby tam się ponownie znaleźć ,mam przeczucie że jeszcze wrócę. Tak samo ze zdjęciami – chociaż obiecuję sobie przed dotarciem na miejsce, że będę robić dużo zdjęć (przy okazji też swojej osoby), zawsze po powrocie cierpię na niedosyt i karcę się w głowie, że znowu nie ma tyle materiału ile bym chciała.

A to wszystko przez moje nieodparte wrażenie, że niezależnie gdzie jestem, czuję że wrócę.

Tak też  było dwa lata temu, kiedy spełniałam swoje żeglarskie marzenie znalezienia się na jachcie po drugiej stronie Atlantyku. Wśród innych żeglarzy, palm, nowych krajobrazów, tropikalnych ludzi, kolibrów w ogródkach zamiast wróbli i codziennej dawki wody kokosowej prosto z kokosa zamiast wody cytrynowej prosto z Biedronki. Wiedziałam, że jeszcze tu wrócę. Ale nie wiedziałam w jakich okolicznościach. Ale od początku.

IMG_7908
W drodze na Cabo Verde, Nov 2015

Pamiętacie historię o pływaniu na Mateńce? Początkowo miałam tam tylko pomóc w przeprowadzeniu jachtu przez Zatokę Biskajską, a finalnie dopłynęłam z Elą i Michałem niemalże pod Gibraltar. W tym czasie wszyscy poczuliśmy między sobą pokrewieństwo dusz (niektórzy trochę mocniejsze niż na stopie koleżeńskiej) i zaczęły pojawiać się sugestie, żebym wróciła na Mateńkę, tyle że na Karaibach. Pośmialiśmy się z tego pomysłu kilka razy, ja zdążyłam wrócić do domu i po tygodniu już miałam kupiony bilet na Martynikę. Szybko zaczęłam zmieniać strategię działania (w czym już mam niezaprzeczalną wprawę), ponieważ odeszłam z pracy, wyprowadziłam się z Gdańska i po tygodniu już pracowałam w Anglii, gdzie przez trzy miesiące zarabiałam na wyprawę karaibską numer dwa. Z  tego miejsca muszę pochwalić wszystkich wielkodusznych współpracowników, którzy starali się zrozumieć moją sytuację i nie wyrzucili mnie ze znajomych na „fejsie”, a teraz trzymają dziarsko kciuki. Mi się za to oberwało tęsknotą do zarówno tych z Gdańska jak i Anglii – mianowicie bardzo się przywiązuję do ludzi i każda rozłąka jest dla mnie ciosem w serce. Ale jak już wiecie, żadnego etapu nie zamykam na klucz, więc wiem że jeszcze nie raz się zobaczymy!

IMG_0753
Gdzieś na Atlantyku, Dec 2015

Wyjeżdżam w przyszłym tygodniu i mimo, że minęło tylko (a może AŻ) dwa lata od mojego poprzedniego wyjazdu, ta wyprawa będzie zupełnie inna. Już nie jadę tam jako jachtostopowiczka, która drży z podniecenia na myśl o nieznanym. Nie drży też na myśl o konieczności znalezienia dobrej duszy, która przygarnie ją i jej kompana podróży do siebie na jacht. Która będzie walczyła o przetrwanie. Tym razem jadę jako załogantka Mateńki – i drżę na myśl o spotkaniu z mieszkańcami karaibskich wysp i zjedzeniu lodów „coco”, drżę z podniecenia na myśl o zamieszkaniu na kilka miesięcy na jachcie z ludźmi, których po części znam od niedawna ale czuję z nimi silną więź. Drżę z podniecenia, ponieważ mam szansę zobaczyć się z Markiem [ZOBACZ jego bloga], ówczesnym jachtostopowiczem z którym spędziłam dwa tygodnie na jachcie Ally i może spotkam się też z holenderskim oficerem, który przygarnął mnie i Bartka na luksusowym jachcie. Zobaczę się również z kapitanem s/y Tiggy , który na Teneryfie użyczył nam jacht do mieszkania na kilka dni [KLIKNIJ żeby sobie przypomnieć]. Drżę z radości, bo wiem gdzie płyniemy i ile mam szansę przeżyć. Drżę ze szczęścia, bo znowu uciekam od cywilizowanego świata i zamiast czarnej torebki którą noszę na codzień, zarzucę na ramię uszytą przez moją przyjaciółkę kolorową „torebkę portową”. Czuję ulgę, bo nie wiozę całej torby swoich ubrań, tylko dowożę kilka rzeczy żeby uzupełnić  moją Mateńkową szafę. Szczerzę radośnie zęby, bo znowu będę mogła pisać notki na bloga. A najbardziej cieszę się z tego że nie jadę na jacht, tylko do domu.

20265049_1556905267687487_7566607559462511512_n
Na południe od Lisbony, July 2017

Do przeczytania. Mam nadzieję, że będziecie:)

 

Notka do gazety o starcie Mateńki w ARC

Gran Canaria, Las Palmas. Tłumy roześmianych, podekscytowanych żeglarzy, zapełniona marina jednostkami różnej wielkości, międzynarodowe bandery, ostatnie techniczne poprawki, nieustannie przemieszczający się, wszechobecny sztab organizacyjny i masa powiewających biało-niebieskich bander na salingach – rajd ARC, po raz 31-wszy wyrusza dziś, aby za dwa tygodnie wspólnie świętować przekroczenie Oceanu Atlantyckiego na karaibskiej wyspie Saint Lucia z ponad 1200 uczestnikami.
!cid_ii_15fc4db1f9219922ARC – Atlantic Rally for Cruisers, to nazwany przez organizatorów rajd transatlantycki na zasadach gentlemańskich. Nie jest wyścigiem, choć niektórzy mogą tak sądzić. Jest to rokroczna impreza żeglarska zrzeszająca uczestników z całego świata chcących przekroczyć Atlantyk pod okiem doświadczonego organizacyjnie sztabu. Każda startująca w rajdzie jednostka wraz z załogą jest rejestrowana, ulega przeglądowi technicznemu oraz dostaje wymogi dotyczące zaopatrzenia, środków bezpieczeństwa oraz przygotowania przyrządów łączności radiowej. Udział w imprezie, pod warunkiem dostosowania się do wymogów nałożonych przez organizatorów gwarantuje bezpieczną żeglugę przez Ocean pod pełną asystą i kilkudniowym, wspólnym świętowaniem na mecie – karaibskiej wyspie Saint Lucia, gdzie nie szczędzi się atrakcji, jedzenia i alkoholu dla uczestników rajdu.

!cid_ii_15fc4d6fd39fd5a2
Naklejka ojca Eli z ARC 1987

Mimo wszystko, ARC to nie tylko impreza, która skutecznie zapewni żeglarzom bezpieczeństwo i liczne atrakcje również przez startem. To również wspólnota spotykających się różnych narodowości mających wielką pasję, cel przepłynięcia oceanu, chęć poznania nowych osób i poczucia dreszczyku emocji, ponieważ mimo że oficjalnie ARC regatami nie jest, jednostki swojej klasy przypływające pierwsze na metę otrzymują nagrodę. Ciekawsze jest, że dla niektórych załóg udział w rajdzie stał się tradycją – niektórzy zaczynali jako dzieci, a dziś już pod swoim dowództwem zabierają własne rodziny. Dla innych jest to coś cenniejszego. To podążanie za śladami czasu, zostawionymi przez nieobecnych już najbliższych.
W taki rejs uda się Ela na 13,5 metrowym jachcie regatowym „Mateńka”. Jest to jedyny jacht pod polską banderą biorący udział w tegorocznym ARC. Historia wiążąca Mateńkę z tą imprezą jest niezwykła – w tym roku przypada trzydziesta rocznica wyruszenia na Karaiby jachtu mającego w tamtym czasie rok, zbudowanego przez Nikodema Jasińskiego: tatę Eli.

Mimo, że Mateńka jest pod polską banderą, przez lata nie była w Polsce widywana. Nie zaprzestała żeglowania tylko po Małych Antylach. Po dopłynięciu na metę zapłynęła również na Bahamy, Kubę, Florydę, Nowy Jork i Azory. Kolejne 20 lat stacjonowała na Morzu Śródziemnym, gdzie służyła Nikodemowi za dom. Szczęśliwe lata przerwał wypadek Mateńki która podczas nieobecności właściciela, pod dowództwem innego kapitana wysłała sygnał MAYDAY w okolicach Neapolu. Jacht podczas akcji ratunkowej został ciężko uszkodzony przez prom podejmujący załogę, a Nikodem został poinformowany o zatonięciu Mateńki. Ten nie czekając, przerwał urlop w Polsce i przyleciał do Włoch, gdzie wyczarterował  jacht i rozpoczął poszukiwania. Mateńkę odnalazł dryfującą, ze złamanym masztem i wodą przelewającą się przez dziurę w burcie. Pełen zacięcia i wiary w nowe życie swojego jachtu rozpoczął naprawę.

!cid_ii_15fc4d80ed93a743
Ela w trakcie przygotowań do startu ARC 2017

W 2008 roku Nikodem odszedł na wieczną wachtę, pozostawiając Mateńkę swoim córkom – Joannie i Eli, które bez doświadczenia żeglarskiego ani specjalistycznej wiedzy postanowiły kontynuować naprawę. Takim sposobem, po wielu latach ciężkich dylematów, niekończących się części do wymiany i kończących się pieniędzy, Mateńka wreszcie odżyła. Nie do końca jeszcze w pełni swoich sił ale sukcesywnie „dopieszczana”, pożeglowała z Polski na Gran Canarię, aby raz jeszcze – po trzydziestu latach wziąć udział w transatlantyckim rajdzie ARC z córką Nikodema na pokładzie, a z  Nikodemem w pamięci. W 1987 roku załoga Mateńki dopłynęła na metę w 21 dni i 7 godzin. W tym roku Ela wraz z załogą i doświadczonym kapitanem mają zamiar pobić ten rekord zwłaszcza, że dzięki korzystnemu przelicznikowi Mateńka ma szansę się ścigać z innymi jachtami.

Biedna „Mateńko” kochana! cz.III

Noc w Amsterdamie spędziłam z szeroko otwartymi oczami. Jako, że byłam w Holandii pierwszy raz, nie mogłabym sobie wybaczyć gdybym nie zajrzała na sławetną dzielnicę czerwonych latarni – podzieliliśmy się zatem na dwójki i ruszyliśmy w miasto. Z mariny bez trudu można było się tam dostać zwłaszcza, że wystarczyło iść za tłumem gdy wysiedliśmy z promu. Po przejściu kilku ulic, raz po raz przebijając się przez chmury dymu ze skrętów mijanych ludzi, sama już się czułam upalona zanim czegokolwiek spróbowałam. W końcu, moim oczom ukazała się ulica z…żółtymi latarniami. Myślałam, że wkroczę w magiczny świat wszechobecnej czerwieni pochodzącej z przydrożnych latarni, a tu nic. Żółto. Weszłyśmy w głąb ulicy i wzrok przykuły mi dwie rzeczy. Pierwsza z nich, to niesamowity tłum! Ludzie przystający przy czerwonych [ach, to o to chodziło!] witrynach, niemalże blokujący ruch i jakikolwiek przepływ ludności wzdłuż ulicy. Druga sprawa, to czerwone witryny w których stały bardzo skąpo ubrane panie – jako, że jestem osobą z [wbrew pozorom] całkiem wyrobioną moralnością, dla której „pikantne” rozmowy i sprośne żarty nie są żadnym tabu; widok pań mnie rozbroił. Wiedziałam czym ta dzielnica czerwonych świateł jest i kto tam stoi, ale chyba niewystarczająco się przygotowałam do tej wycieczki. Wydaje mi się, że od tego momentu aż do końca przestałam mrugać. Grube, chude, z mięśniami i bez, trans, z tatuażami, boso , w klapkach, białych skarpetach, rajstopach, krótko ścięte i te nigdzie nie ścięte panie – na tle gadżetów takich rozmiarów, które NAPRAWDĘ nie wiem JAK i GDZIE mogłyby się zmieścić. Poruszenie przed witryną i ilość osób, włącznie z tymi którym do jakiejkolwiek pełnoletniości brakowało przynajmniej jedną kadencję naszego sejmu, skutecznie nie pozwalało mi pozbierać szczęki z ziemi. Raz stanęłam jak wryta patrząc przez witrynę na ilość zabawek jakie były w tym…przybytku. Kiedy zbliżyłam twarz do szyby, momentalnie odrzucił mnie dźwięk uderzającej w nią ręki na wysokości mojej twarzy. Widać za kotarą była pani, która mogła się zasłonić przed wyglądającymi młodo gapiącymi się chłopakami. Po rundce po dzielnicy oferującej bardzo szeroki wachlarz usług o różnej formie i treści, wróciłyśmy na jacht. Piwo wypite w szoku weszło mi niesamowicie szybko.

Ja i Aneta pierwsze wróciłyśmy na Mateńkę. Opowiedziała mi o swoich wrażeniach – od tygodnia jest częścią załogi. To żeglarski nowicjusz i mimo, że niestety choroba morska bardzo szybko ją dopadła i jej żołądek wywinął się na lewą stronę już pierwszego dnia, jest zachwycona rejsem i załogą Mateńki. Z resztą, gdyby tak jej się nie spodobało pewnie wysiadłaby tu, w Amsterdamie zgodnie z planem. Jak się okazało, Aneta porzuciła swoje plany i płynie z nami do Ramsgate, do Anglii. Kilka godzin po tym jak poznałam Elę zaczęłam rozumieć tę zmianę decyzji. Szkoda, że ja będę tylko przy przeprowadzeniu przez Biskaje. Chwilę później dołączył do nas Michał z Elą. Szybko się zaangażowali w rozmowę wspominając ubiegły tydzień etapu Kołobrzeg – Amsterdam z poprzednimi załogantami. Po chwili już nie mogłam wyrzucić z głowy wizji Anetki leżącej w mesie [głównym pomieszczeniu, „salonie” na jachcie] z głową w wiadrze. Mógłby to być dramatyczny obraz, gdyby nie entuzjazm zapytanej czy wszystko w porządku – ta po usłyszeniu pytania wyjmowała głowę z wiadra, cała roztrzepana, bladozielona i opatulona kocem krzyczała „Super!!”, po czym znów wymiotowała chowając głowę w wiadrze. Mimo tak nieprzyjemnych przeżyć podobał jej się rejs – jak dla mnie powinna dostać złoty medal za wytrwałość i pozytywne nastawienie!

Z biegiem wieczoru robiło się coraz zimniej – zeszliśmy do mesy i tam kontynuowaliśmy rozmowę. To była moja pierwsza noc na Mateńce i każde miejsce, każdy element wnętrza wzbudzał we mnie ciekawość.  Zdążyłam się dowiedzieć, że jacht ma 31 lat i został zbudowany w Morskiej Stoczni Jachtowej im. Leonida Teligi w Szczecinie, gdzie tata Eli – Nikodem czuwał nad przebiegiem prac. Jest to jacht na bazie typu Cetus 136c – pierwszy raz o takim słyszałam, dlatego nawet zapamiętanie nazwy było dla mnie problemem. Mateńka ma charakter regatowy, więc tym bardziej byłam ciekawa jej możliwości. W końcu nie każda „babcia” się ściga, prawda?

Zgodnie ze zwyczajem żeglarskich wieczorów, przyszedł też czas na morskie opowieści. Tak jak nigdy nie byłam fanką słuchania niestworzonych historii żeglarzy, jak to „na własne oczy” widzieli przelatujący jacht na pełnych żaglach nad Helem podczas sztormowej pogody, tak tu nie mogłam się doczekać co Ela ma do powiedzenia na temat Mateńki – i wiedziałam, że tego akurat warto słuchać. Otaczające nas piękno wszechobecnego drewna, przygaszone światła i cicha muzyka dodawały chwili magii.!cid_ii_15ec797c93b1ed671.jpgMimo, że Mateńka jest pod polską banderą, przez lata nie była w Polsce widywana. Głównie stacjonowała na Morzu Śródziemnym, gdzie żeglowała po pięknym, ogrzanym słońcem rejonie Wielkiego Morza. Ciekawostką jest to, że dokładnie w tym roku przypada 30 lat, od kiedy tata Eli wystartował w drugi raz organizowanych transatlantyckich regatach ARC. Rok po zbudowaniu Mateńki pożeglował z załogą do Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich, skąd oddalił się w nadziei ujrzenia rajskich wysp Małych Antyli. Biorąc pod uwagę, że Mateńka żeglowała pod polską banderą, była w zdecydowanej czołówce polskich jachtów, które w latach 80-tych wyruszyła w tak dalekie rejony – co w kontekście bieżącej sytuacji politycznej i gospodarczej w Polsce, mogłoby się wydawać nie lada wyczynem. Zagadką był sposób zakupienia jachtu jak i skompletowanie osprzętu w tamtych czasach. Nieco starsze pokolenie zapewne pamięta, że w ów czasach dostępność każdego rodzaju artykułów, tym bardziej specjalistycznych, a konkretniej zakup części do jachtu zdawał się być przecież niemożliwy. Niestety, na pewne pytania nigdy nie zdobędziemy odpowiedzi.

Mateńka pod polską banderą w drodze na Karaiby budziła wielkie zainteresowanie. Wraz z pięcioosobową załogą pod dowództwem kapitana Marka Tuńskiego ruszyła przez Ocean Atlantycki.

dsc027601
Wpis o zaokrętowaniu nowej załogi w dzienniku pokładowym

Jak w dzienniku pokładowym napisano, „po dwudziestu dniach zaoczono ląd”. Przeszła mnie gęsia skórka. Rozejrzałam się po mesie. TU, na pokładzie TEGO jachtu, trzydzieści lat temu załoga mieszkająca na Mateńce brała udział w odbywających się drugi  raz regatach, na które dwa lata temu tak bardzo chciałam się dostać podczas mojej jachtostopowej przygody przez Atlantyk! Ile musiało się wydarzyć na tym jachcie! Ilu ludzi się przewinęło przez pokład Mateńki! W tym momencie nie wiedziałam, czy wypieki na twarzy są efektem tej opowieści czy po prostu przeholowałam z alkoholem.Jak później się dowiedziałam, Mateńka nie zaprzestała żeglowania na Karaibach. Odwiedziła również Bahamy, Kubę, Florydę, Nowy Jork, a w drodze powrotnej zawitała również na Azorach, po czym powróciła na Morze Śródziemne, na którym została już przez ponad 20 lat.

Szczęśliwe lata jachtu przerwał jednak wypadek, gdzie pod nieobecność Nikodema, pod rozkazami innego kapitana Mateńka na wysokości Neapolu wysłała sygnał MAYDAY. Załogę podjęto na pokład jednostki która przypłynęła na pomoc. Podczas akcji ratunkowej, przez nieustanne obijanie się Mateńki o ratujący załogę prom, złamał się maszt i burty uległy silnemu uszkodzeniu. W takim stanie jacht został pozostawiony samemu sobie przez kilka dni, a Nikodem dostał telefon z informacją, że Mateńka zatonęła.

!cid_ii_15ec797d1ab98a6d2.jpg
Holowanie Mateńki – okolice Neapolu 

Ten nie zastanawiając się przerwał urlop w Polsce, wyczarterował jacht we Włoszech i ruszył na poszukiwania. Nie dopuszczał do siebie możliwości, że Mateńka sobie nie poradziła – że zatonęła. Po tygodniu znalazł ją dryfującą, z pustą przestrzenią zamiast prawej burty, przez którą swobodnie przelewała się woda. Mimo braku sternika, ludzi na pokładzie i dużego kawałka burty Mateńka nie zatonęła – świetnie sobie poradziła w dryfie, czekając na pomoc właściciela. Tak doprowadzona do Włoch została wyciągnięta z wody i poddała się remontowi, który zdawał się nie mieć końca. Po 22 latach, od 1986 roku beztroskiego pływania, zwiedzenia tylu zakątków świata została odcięta wraz z jej właścicielem od realizowania wspólnych marzeń. W 2008 roku Nikodem odszedł na wieczną wachtę – już nigdy nie zobaczył Mateńki pływającej. Opiekę nad nią przejęły jego córki – Joanna i Ela, które z pomocą wspaniałych ludzi powoli przywracały Mateńce nowe, zasłużone życie. Warto wziąć pod uwagę, że żadna z córek nie miała wiedzy, ani  tym bardziej uprawnień żeglarskich – jedyny kontakt z żeglarstwem miały jako dzieci podczas wakacyjnych odwiedzin Mateńki. W tej sytuacji mogły wybrać opcję sprzedaży jachtu, jednak przywiązanie do domu ojca nie pozostawiało im wyboru – musiały uratować Mateńkę.

Z początku jacht cierpliwie czekał w Rzymie na zespół remontujący, zmierzający do niej wraz z narzędziami z Polski. Nakłady sił, poświęcony czas, koszta podróży i przewiezienia materiałów szybko pochłaniały kończące się pieniądze. Nadeszła pora na podjęcie decyzji o dalszym losie jachtu. W roku 2009 Mateńka przeszła wstępny remont – pracy było wiele, natomiast czasu i funduszy wręcz przeciwnie. W 2011 roku Mateńka wypłynęła w swój pierwszy rejs –wspólną, choć ciężką decyzją sióstr, „załatany” jacht wyruszył w stronę Polski, aby przeżyć dalszą i tańszą rekonwalescencję. Ostatnim, dłuższym przystankiem był rok 2015, kiedy Mateńka wróciła na ojczyste ziemie i zacumowała w Górkach Zachodnich, gdzie kontynuowała naprawę – aby jeszcze raz po trzydziestu latach wziąć udział w regatach ARC i popłynąć w ślady Nikodema Jasińskiego.

Słuchałam tej historii z otwartymi ustami i przeszklonymi oczami. Wiedziałam, że Mateńka nieustannie jest remontowana i że jeszcze wiele napraw przed nią. Nie miałam za to pojęcia, że jacht w którym właśnie siedzę jest nie tylko niesamowicie ważną pamiątką rodzinną, ale też efektem wieloletniej pracy pokładów ludzi. Ludzi, którzy dawali z siebie wszystko by ponownie tchnąć w nią życie i przywrócić nadzieję, że czas tego jachtu jeszcze się nie skończył. Żeby udowodnić, że Mateńka wróci na wodę silniejsza po to, aby dalej realizować marzenia mając w pamięci Nikodema Jasińskiego, który jako pierwszy dał jej życie. Mateńce.

Informacje o jachcie i angielska wersja wpisu znajduje się na oficjalnej stronie Mateńki

!cid_ii_15ec797cf2eaf083.jpg
Nikodem Jasiński

„Mateńko” kochana! Część II

Uderzył mnie zapach drewna. Wszechobecnego drewna, ale nie takiego, kiedy rozłożysz meble dopiero co kupione w IKEI. W tym zapachu było coś innego. Poetycka i czuła ze mnie dusza, więc przyzwolę sobie na nazwanie go „mokrym”, choć wilgotno nie było. Skłonna jestem określić zapach, że to drewno jest smagane różnymi wiatrami, nutą słonej wody i długimi latami przebywania w jego towarzystwie, przegotowanymi obiadami, przyrządzonymi świeżo złowionymi rybami i nieustanną radością z życia. Czuć tu dobrą atmosferę. Kambuz po lewej [kuchnia], po prawej stół nawigacyjny, a dalej „salon” gdzie za jedną z kanap można zobaczyć pokaźną biblioteczkę z nie tylko żeglarskimi książkami. Ewidentnie służyła za zbiór ksiąg przeróżnych na długie rejsy i może …na co dzień? Wnętrze wydaje się być dostosowane do codziennego, osobistego użytku niż podnajmowania na komercyjne rejsy. Rozglądam się dalej. Wzrok przykuło mi kilka zdjęć. I na każdym pojawia się ta sama osoba – mężczyzna. Z dziewczynką; sam, z rozwianymi w wietrze włosami; aż w końcu to, które najbardziej zwraca uwagę: na głównej ścianie, spoglądając z uwagą na fotografa. Jego oczy mają „to” spojrzenie morskiego wilka, który przeszedł wiele, wiele pamięta, a jego twarz dosłownie wyrzeźbił sam wiatr. Spogląda na całą mesę ze spokojem, a obserwator już wie, gdzie jest. W jego domu! To tata Eli – on zbudował Mateńkę przed laty. W tym roku jacht obchodzi 31 urodziny.

dsc_0069-1

W środku jest gościnnie, przytulnie i z automatu poczułam się częścią całego przybytku. Ela pokazała mi pierwsze kabiny. Przed wejściem do jednej z nich, wisiał czarno-biały obraz młodej kobiety z bardzo pogodną twarzą. To była Mateńka – babcia Eli, a mama jej taty. Nigdy nie byłam w jachcie, który wnętrzem przypomina dom. Wchodząc tam, czułam że goszczę u bardzo miłej rodziny, a nie jestem tylko załogantem mającym pomóc w przeprowadzeniu jachtu. Pierwszy raz doświadczyłam tak intymnego zapoznania się z jachtem. Zdałam sobie sprawę, że nie tyle powinnam dbać tu o porządek i dawać z siebie wszystko na rzecz Mateńki, ale chcę! Sama z siebie czułam że CHCĘ wejść całym sercem w życie tego jachtu. Z tą chwilą „ten jacht”, po prostu stał się Mateńką i naprzemiennie babcią.

Gdy zszedł ze mnie pierwszy szok, zostałam zaprowadzona do „swojej” kabiny. Kabina [kajuta], to taki pokój żeglarza. Jest to miejsce wielkiej wagi, ponieważ można tam znaleźć ukojenie i ciepłą koję po wachcie, często parogodzinnej. Wyobraźcie sobie bardzo srogą, wietrzną, mroźną zimę i Was przemierzających kilka godzin [na przykład] przez łąkę. Bez drzew ani miejsca gdzie można ukryć twarz  przed zimnym wiatrem wiejącym prosto w oba lica (albo jedno). Zimno, morko i nie miło, co? Przełóżmy sobie teraz akcję na jacht pośród bezkresu wód, smagany falami, które od czasu do czasu wlewają się na pokład i oblewają Was, skutecznie konserwując morską solą. W przypadku takich sytuacji nie trzeba solić żadnego posiłku, który podajemy sterującemu żeglarzowi. Ten za to po pierwszej fali może zacząć narzekać, że zupa [albo kanapka z pomidorem] jest za słona. Zapamiętajcie zatem drodzy czytelnicy – gdy podejmujecie jedzenie do kokpitu podczas bardzo wietrznej pogody, zjedzcie swój posiłek zanim sam ucieknie Wam na podłogę albo dostanie extra porcję słonej wody. Po takiej wachcie [powiedzmy czterogodzinnej] ubrania są wilgotne/mokre, skóra klejąca od soli, włosy zmierzwione, ciało przemarznięte, a żołądek domaga się jedzenia. Sytuacja jest nieprzyjemna i należy uważać na wracającego z wachty żeglarza, bo może być agresywny, marudny lub zamknięty w sobie – zwykle należy natychmiast ustąpić takiemu drogi i nie tarasować wejścia do jego kabiny. Lub toalety. Tak czy inaczej, koja jest opoką, która podtrzymuje zmęczonego żeglarza na duchu, kiedy ten zrzuca wilgotny sztormiak,  kładzie roztrzepaną [w moim przypadku] łepetynę na poduszkę i otula się śpiworem. Potem wystarczy tylko położyć się w pozycji pewnej, to znaczy oprzeć się w bezwładzie wszelkimi kończynami tak, aby przy większym przechyle nie wylecieć z koi i nie przygrzmocić o coś z hukiem. Oczywiście mowa o warunkach trochę bardziej wietrznych – zalewające łeb fale i wypadanie z koi nie dzieje się zbyt często. No, jeszcze zależy gdzie i kiedy. Wybaczcie tę dygresję – musiałam!

Wracając do mojej dopiero co otrzymanej kabiny – miałam ją tylko dla siebie (co jest szczęściem niesamowitym, chyba że już za długo jest się singlem). Usiadłam na koi [łóżku]. Tak jak wcześniej wspomniałam, łódka wyglądem nie przypomina jachtu czarterowego, ale raczej na użytek własny – jako dom. W mojej kabinie znalazłam kolejny ślad wskazujący, że jacht zupełnie nie ma komercyjnej funkcji. Naprzeciw mych oczu ukazała się …malutka koja. Może nie tyle malutka, ale bardzo niestandardowych wymiarów – zdecydowanie komfortowa dla człowieka dziecięcych rozmiarów. Co złośliwsi mogliby zapytać czy bym się tam zmieściła: oczywiście! Dodatkowo leżąc na wznak z dużym talerzem kanapek obok! Jak się później dowiedziałam, owa mała koja służyła niegdyś małej Eli, kiedy przyjeżdżała na Mateńkę w czasie wakacji. Miała koję wybudowaną specjalnie dla niej! Chociaż nie minęło 10 minut od kiedy jestem na tym jachcie, coraz bardziej uderza mnie poczucie, że coś tu jest nie tak. Nie z tym jachtem, tylko ze mną. Moje wyobrażenie na temat jachtów zwykle opiera się na tych bieluśkich, odbijających moją twarz w swoim połysku, czarterowych wersjach przeróżnych jednostek z nowym takielunkiem. Tak czy inaczej, zawsze to były jachty, które widziały innych ludzi co dwa tygodnie, kiedy tym udawało się wyrwać z pracy na urlop. Myślę, że niejeden z Was pod koniec rejsu miał poczucie, że powrót do codziennych obowiązków to jakiś absurd, kiedy jest tyle świata do zobaczenia. I ja miałam takie przemyślenia, niezależnie czy wracałam z rejsu weekendowego, dwutygodniowego, miesięcznego. Od zeszłorocznej wyprawy na Karaiby nie daje mi spokoju wizja kolejnej przygody – poznać jacht ze stałą ekipą i wyruszyć na podbój świata! W końcu jest tyle ludzi, którzy pływają w swoim gronie po świecie. I to jest właśnie w porządku! Tak powinno być – czuć, że się żyje codziennie, a nie tylko w czasie urlopu. Dowiadując się, że ten jacht nie widział nigdy ludzi „z przypadku”, coś we mnie drgnęło. Może iskra nadziei, że właśnie niechcący wdepnęłam w szansę na spełnienie moich marzeń? Choć wiedziałam, że mam spędzić tu tylko dwa tygodnie na czas przejścia przez Zatokę Biskajską, cicho cieszyłam się że nie mam jeszcze biletu powrotnego.

Odłożyłam plecak na swoją koję i poszłam się integrować z załogą – im dłużej przysłuchiwałam się opowieściom Eli i jej wspomnień związanych z Mateńką, tym bardziej byłam ciekawa historii tego jachtu. Ile mogła przepłynąć przez te 30 lat? Dlaczego w Polsce jest mało znana? Gdzie była? Ile przygód ją dotknęło? KIEDY WYPŁYWAMY?

Informacje o jachcie i angielska wersja wpisu znajduje się na oficjalnej stronie Mateńki