„Mateńko” kochana! Część II

Uderzył mnie zapach drewna. Wszechobecnego drewna, ale nie takiego, kiedy rozłożysz meble dopiero co kupione w IKEI. W tym zapachu było coś innego. Poetycka i czuła ze mnie dusza, więc przyzwolę sobie na nazwanie go „mokrym”, choć wilgotno nie było. Skłonna jestem określić zapach, że to drewno jest smagane różnymi wiatrami, nutą słonej wody i długimi latami przebywania w jego towarzystwie, przegotowanymi obiadami, przyrządzonymi świeżo złowionymi rybami i nieustanną radością z życia. Czuć tu dobrą atmosferę. Kambuz po lewej [kuchnia], po prawej stół nawigacyjny, a dalej „salon” gdzie za jedną z kanap można zobaczyć pokaźną biblioteczkę z nie tylko żeglarskimi książkami. Ewidentnie służyła za zbiór ksiąg przeróżnych na długie rejsy i może …na co dzień? Wnętrze wydaje się być dostosowane do codziennego, osobistego użytku niż podnajmowania na komercyjne rejsy. Rozglądam się dalej. Wzrok przykuło mi kilka zdjęć. I na każdym pojawia się ta sama osoba – mężczyzna. Z dziewczynką; sam, z rozwianymi w wietrze włosami; aż w końcu to, które najbardziej zwraca uwagę: na głównej ścianie, spoglądając z uwagą na fotografa. Jego oczy mają „to” spojrzenie morskiego wilka, który przeszedł wiele, wiele pamięta, a jego twarz dosłownie wyrzeźbił sam wiatr. Spogląda na całą mesę ze spokojem, a obserwator już wie, gdzie jest. W jego domu! To tata Eli – on zbudował Mateńkę przed laty. W tym roku jacht obchodzi 31 urodziny.

dsc_0069-1

W środku jest gościnnie, przytulnie i z automatu poczułam się częścią całego przybytku. Ela pokazała mi pierwsze kabiny. Przed wejściem do jednej z nich, wisiał czarno-biały obraz młodej kobiety z bardzo pogodną twarzą. To była Mateńka – babcia Eli, a mama jej taty. Nigdy nie byłam w jachcie, który wnętrzem przypomina dom. Wchodząc tam, czułam że goszczę u bardzo miłej rodziny, a nie jestem tylko załogantem mającym pomóc w przeprowadzeniu jachtu. Pierwszy raz doświadczyłam tak intymnego zapoznania się z jachtem. Zdałam sobie sprawę, że nie tyle powinnam dbać tu o porządek i dawać z siebie wszystko na rzecz Mateńki, ale chcę! Sama z siebie czułam że CHCĘ wejść całym sercem w życie tego jachtu. Z tą chwilą „ten jacht”, po prostu stał się Mateńką i naprzemiennie babcią.

Gdy zszedł ze mnie pierwszy szok, zostałam zaprowadzona do „swojej” kabiny. Kabina [kajuta], to taki pokój żeglarza. Jest to miejsce wielkiej wagi, ponieważ można tam znaleźć ukojenie i ciepłą koję po wachcie, często parogodzinnej. Wyobraźcie sobie bardzo srogą, wietrzną, mroźną zimę i Was przemierzających kilka godzin [na przykład] przez łąkę. Bez drzew ani miejsca gdzie można ukryć twarz  przed zimnym wiatrem wiejącym prosto w oba lica (albo jedno). Zimno, morko i nie miło, co? Przełóżmy sobie teraz akcję na jacht pośród bezkresu wód, smagany falami, które od czasu do czasu wlewają się na pokład i oblewają Was, skutecznie konserwując morską solą. W przypadku takich sytuacji nie trzeba solić żadnego posiłku, który podajemy sterującemu żeglarzowi. Ten za to po pierwszej fali może zacząć narzekać, że zupa [albo kanapka z pomidorem] jest za słona. Zapamiętajcie zatem drodzy czytelnicy – gdy podejmujecie jedzenie do kokpitu podczas bardzo wietrznej pogody, zjedzcie swój posiłek zanim sam ucieknie Wam na podłogę albo dostanie extra porcję słonej wody. Po takiej wachcie [powiedzmy czterogodzinnej] ubrania są wilgotne/mokre, skóra klejąca od soli, włosy zmierzwione, ciało przemarznięte, a żołądek domaga się jedzenia. Sytuacja jest nieprzyjemna i należy uważać na wracającego z wachty żeglarza, bo może być agresywny, marudny lub zamknięty w sobie – zwykle należy natychmiast ustąpić takiemu drogi i nie tarasować wejścia do jego kabiny. Lub toalety. Tak czy inaczej, koja jest opoką, która podtrzymuje zmęczonego żeglarza na duchu, kiedy ten zrzuca wilgotny sztormiak,  kładzie roztrzepaną [w moim przypadku] łepetynę na poduszkę i otula się śpiworem. Potem wystarczy tylko położyć się w pozycji pewnej, to znaczy oprzeć się w bezwładzie wszelkimi kończynami tak, aby przy większym przechyle nie wylecieć z koi i nie przygrzmocić o coś z hukiem. Oczywiście mowa o warunkach trochę bardziej wietrznych – zalewające łeb fale i wypadanie z koi nie dzieje się zbyt często. No, jeszcze zależy gdzie i kiedy. Wybaczcie tę dygresję – musiałam!

Wracając do mojej dopiero co otrzymanej kabiny – miałam ją tylko dla siebie (co jest szczęściem niesamowitym, chyba że już za długo jest się singlem). Usiadłam na koi [łóżku]. Tak jak wcześniej wspomniałam, łódka wyglądem nie przypomina jachtu czarterowego, ale raczej na użytek własny – jako dom. W mojej kabinie znalazłam kolejny ślad wskazujący, że jacht zupełnie nie ma komercyjnej funkcji. Naprzeciw mych oczu ukazała się …malutka koja. Może nie tyle malutka, ale bardzo niestandardowych wymiarów – zdecydowanie komfortowa dla człowieka dziecięcych rozmiarów. Co złośliwsi mogliby zapytać czy bym się tam zmieściła: oczywiście! Dodatkowo leżąc na wznak z dużym talerzem kanapek obok! Jak się później dowiedziałam, owa mała koja służyła niegdyś małej Eli, kiedy przyjeżdżała na Mateńkę w czasie wakacji. Miała koję wybudowaną specjalnie dla niej! Chociaż nie minęło 10 minut od kiedy jestem na tym jachcie, coraz bardziej uderza mnie poczucie, że coś tu jest nie tak. Nie z tym jachtem, tylko ze mną. Moje wyobrażenie na temat jachtów zwykle opiera się na tych bieluśkich, odbijających moją twarz w swoim połysku, czarterowych wersjach przeróżnych jednostek z nowym takielunkiem. Tak czy inaczej, zawsze to były jachty, które widziały innych ludzi co dwa tygodnie, kiedy tym udawało się wyrwać z pracy na urlop. Myślę, że niejeden z Was pod koniec rejsu miał poczucie, że powrót do codziennych obowiązków to jakiś absurd, kiedy jest tyle świata do zobaczenia. I ja miałam takie przemyślenia, niezależnie czy wracałam z rejsu weekendowego, dwutygodniowego, miesięcznego. Od zeszłorocznej wyprawy na Karaiby nie daje mi spokoju wizja kolejnej przygody – poznać jacht ze stałą ekipą i wyruszyć na podbój świata! W końcu jest tyle ludzi, którzy pływają w swoim gronie po świecie. I to jest właśnie w porządku! Tak powinno być – czuć, że się żyje codziennie, a nie tylko w czasie urlopu. Dowiadując się, że ten jacht nie widział nigdy ludzi „z przypadku”, coś we mnie drgnęło. Może iskra nadziei, że właśnie niechcący wdepnęłam w szansę na spełnienie moich marzeń? Choć wiedziałam, że mam spędzić tu tylko dwa tygodnie na czas przejścia przez Zatokę Biskajską, cicho cieszyłam się że nie mam jeszcze biletu powrotnego.

Odłożyłam plecak na swoją koję i poszłam się integrować z załogą – im dłużej przysłuchiwałam się opowieściom Eli i jej wspomnień związanych z Mateńką, tym bardziej byłam ciekawa historii tego jachtu. Ile mogła przepłynąć przez te 30 lat? Dlaczego w Polsce jest mało znana? Gdzie była? Ile przygód ją dotknęło? KIEDY WYPŁYWAMY?

Informacje o jachcie i angielska wersja wpisu znajduje się na oficjalnej stronie Mateńki

Reklamy

Jedna myśl na temat “„Mateńko” kochana! Część II

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s